A więc - sukienka jest u mnie. Właściwie - była już w czwartek, ale rozmiar S okazał się za mały, więc musiałam wymienić. M-ka doszła do mnie wczoraj (świetna praca Poczty Polskiej - mój egzemplarz był wysłany ekonomicznym *bije brawo*).
Jest krótka, to prawda - sięga mi mniej więcej do połowy uda. Ale to nie problem, bo nie kupowałam jej z myślą o stricte lolicich stylizacjach i sama lubię kombinować.
Halka jest genialna - kieca stoi tak, jak powinna. Nie wiem, ile wytrzyma, ale z drugiej strony to nie jest sukienka do noszenia na co dzień, więc i częste pranie jej nie grozi.
Kolor jest żywszy niż na zdjęciach i - uwaga - te ledwo widoczne na firmowych zdjęciach kropki pokryte są brokatem. Trochę mnie to zbiło z tropu przy odpakowywaniu sukienki, bo nie lubię świecących rzeczy, od cekinów i brokatu trzymam się z daleka, ale w gruncie rzeczy nie rzuca się to w oczy aż tak bardzo.
Chyba będę musiała zainwestować w pantalonki, bo nie dość, że sukienka sterczy, to jeszcze mam zwyczaj skakać, a nie chodzić, i wtedy... no... zaczyna być widać

Będą foty, chyba że pogoda nie dopisze i/lub Ewa stwierdzi, że się ze mną tak ubraną na mieście nie pokaże. We'll see :>