Właśnie wróciłam z miasta, pięćset stopni w cieniu (Germaniku, ześlij trochę deszczu...)
Standardowo pełne zabudowanie -> buty prawie do kolan, rajstopy, halka, sukienka, na to gorset, dusiki, woalki, rękawiczki. I póki jestem w stanie pisać tego posta, to twierdzę że wszystko w porządku i dalej na upartego mogę tak żyć ;]
I kij tam, że parasolka mi się z dłoni wyślizgiwała, a gorset niemiłosiernie dawał o sobie znać...
Po jakimś czasie można się przyzwyczaić, a no i przy tylu warstwach nie ma się wrażenia, że słońce tworzy gorącą powłokę na gołej skórze

Czy zima czy lato, zbytnio garderoby nie zmieniam. Wolę się ściskać lackiem, niż lenem bo i tak wiem, że czy w jednym, czy w drugim - i tak mi będzie za ciepło XDD